30 marca 2012

Baśń jednej nocy

Pewnego razu w Anatolii (Nuri Bilge Ceylan, 2011)
„Teraz bowiem widzimy jakby przez zwierciadło i niby w zagadce [...]”
1 Kor 13:12,
za Biblią Warszawską

Wielki film Nuri Bilge Ceylana, kino olśniewające od pierwszego do ostatniego ujęcia. Pewnego razu w Anatolii (2011) sięga do najlepszych wzorców i w swej warstwie problemowej podskórnie nawiązuje do filozoficznej wizji przedstawionej w dziełach Michelangelo Antonioniego. W filmie tureckiego reżysera nie obcujemy wprawdzie z tajemnicą godną Przygody (1960), ale świat, w którym funkcjonują bohaterowie oraz wszelkie systemowe metody na ogarnięcie go i podporządkowanie racjonalnemu spojrzeniu człowieka, ulegają zachwianiu. A stąd już tylko krok do epistemologicznego podważenia realności i pogodzenia się z entropią, jakie stały się udziałem fotografa Thomasa z Powiększenia (1966).
[...]
Całość tekstu na stronie:
http://www.e-splot.pl/?pid=articles&id=1991

4 marca 2012

Seks w wielkim mieście

Wstyd (Steve McQueen, 2011)

W trzydzieści lat po premierze Ostatniego tanga w Paryżu (1972) Bernardo Bertolucciego dostajemy z rąk Steve’a McQueena nowe, równie mocno nagłośnione, spojrzenie na kwestię seksu na ekranie. W ostatnim arcydziele kontrkultury seks nierozerwalnie łączył się ze śmiercią, był ucieczką od niej, ale i jednocześnie jej wcieleniem, ucieleśnieniem w akcie łączącym dwoje ludzi. We Wstydzie (2011) główny bohater – Brandon (więcej niż oczywiste nawiązanie do nazwiska protagonisty Ostatniego tanga..., Marlona Brando) ucieka w seks z niewiadomych początkowo przyczyn. Jedyne, co jest jasne od początku, to silne uzależnienie, jakim jest owładnięty.
[...]

Świat według Lily

Lily (Fabienne Berthaud, 2010)

Skromny film pisarki i reżyserki Fabienne Berthaud Lily (2010) podejmuje trudny temat funkcjonowania w świecie ludzi nie w pełni do tego przystosowanych. Przypadek tytułowej bohaterki jest o tyle ciekawy, że twórcy nie próbują wzbudzić w widzach łatwego współczucia dla trudnej sytuacji dziewczyny. Nigdy nie dowiadujemy się, co tak naprawdę dolega Lily z medycznego punktu widzenia. Jest ona po prostu naznaczona nieprzeciętną dziecięcą wrażliwością, ukrytą w ciele dorastającej kobiety. W wielu sytuacjach nie waha się uciekać do manipulacji, wiedząc, że nie spotka ją żadna kara.
[...]

16 lutego 2012

Magiczny wehikuł

Hugo i jego wynalazek (Martin Scorsese, 2011)

Martin Scorsese, ten „król szczur z filmoteki, który pożarł wszystkie wcześniej nakręcone taśmy” – wedle słów Adama Garbicza, zawsze lubił umieszczać w swoich filmach cytaty i drobne odniesienia do twórców, którzy go inspirowali. W najnowszym filmie oddaje bezpośredni hołd pierwszemu kreacjoniście w dziejach kina, magowi ekranu – Georgesowi Mélièsowi. Hugo i jego wynalazek (2011) przywołuje czasy schyłku życia autora Podróży na księżyc i fantazjuje, bawiąc się przy tym bardzo dobrze.
[...]
Całość na stronie:

28 stycznia 2012

Kim jest Joey?

Czas wojny (Steven Spielberg, 2011)
Filmy Stevena Spielberga są zwykle mocno zideologizowane. Najczęściej wydarzenia i postaci podskórnie uosabiają i obrazują aktualną sytuację i problemy Ameryki. Tak było na początku wieku, kiedy reżyser najpierw pod maską science-fiction (Wojna światów) a potem thrillera sensacyjnego (Monachium) przepracowywał traumę ataków terrorystycznych 11 września 2001. Czym zatem byłby najnowszy film Spielberga, Czas wojny (2011).

Czy opowieść o koniu imieniem Joey, który w początkach XX wieku przechodzi z rąk do rąk, poniewiera się po frontach pierwszej wojny światowej w poszukiwaniu swojego pierwszego właściciela ma w jakikolwiek sposób odzwierciedlać dzisiejszą atmosferę w Stanach Zjednoczonych (mimo że akcja rozgrywa się w Europie)? Cukierkowa i do bólu optymistyczna historia zwierzęcia, bez wątpienia będącego głównym bohaterem, byłaby głosem za powrotem do korzeni, pochwałą wierności, odwagi i przyjaźni, czyli wartości ponadczasowych i funkcjonujących ponad podziałami. To film o ostatniej “honorowej” wojnie (jakkolwiek niestosownie to nie brzmi), nieskażonej ludobójstwem, podczas której walki między Anglikami a Niemcami mogą zostać przerwane by uwolnić konia zakleszczonego w drucie kolczastym (lub by odbyć wspólną kolację wigilijną, jak w filmie Boże narodzenie (2005) Christiana Cariona sprzed kilku lat). Ciężko przypuszczać, że twórca Szczęk (1975) podjął się ekranizacji tego tematu wyłącznie ku pokrzepieniu serc. Czas wojny, a ściślej Koń bojowy z oryginalnego tytułu jako Ameryka, która wychodzi z kolejnego konfliktu okaleczona i po cichu wycofuje się z Zatoki Perskiej, i której żołnierze wracają do kraju ojczystego? Skąpany w sepii finał, przypomina zakończenie Czarnoksiężnika z krainy Oz (1939) i słowa Dorotki: “Nie ma jak w domu”.

Może ta interpretacja nie jest jednak uprawniona, a nowe dzieło Spielberga jest po prostu eskapistyczną zabawą w dawne kino (choć eskapizm też można uznać za znaczący ideologiczny znak), filmem niemal żywcem wyjętym z kina epoki lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Jeśli tak, to reżyser Listy Schindlera (1993) bardzo bolenie strzelił sobie w stopę. Patos, czy to optymistyczny czy mroczny i dramatyczny wylewa się z każdego kadru filmu. Narracja konsekwentnie śledzi losy Joey’ego nie skupiając się dlużej na żadnej postaci ludzkiej. Aczkolwiek za kluczową mimo wszystko należy uznać Alberta, chłopca, który wychował wierzchowca i poprzysiągł odnaleźć go, gdy rozłączył ich europejski konflikt. Nie wydaje się więc, by identyfikacja z bohaterami naszego gatunku była potrzebna, emocje i uczucia, ktore zwykle projektujemy na ludzi mają przenieść się na konia. No właśnie - mają, lecz nie przenoszą. Tak usilnie jest to widzom wmawiane, tak mocno sugerowane, że oto Joey jest niezwykle wyjątkowy, że przyjmujemy to jako pewnik i nie mamy wątpliwości, iż nic złego nie może mu się stać. I pomimo faktu, że los rzuca mu pod nogi kolejne kłody i ciężkie zadania, jesteśmy przekonani co do tego, że nasz dziarski i odważny rumak wyjdzie z wszystkiego bez szwanku. Stąd prawdziwych, głębokich emocji w Czasie wojny jak na lekarstwo. Wzruszenie w niektórych momentach wychodzi bokiem i naprawdę nie sposób nie uznać tego jako uczuć wymuszonych, swego rodzaju szantażu. Widzu - musisz płakać. Teraz!

Najbardziej jednak w Czasie wojny uwiera styl. Wspomnę tylko o podniosłych, posuwistych, krajobrazowych zdjęciach Janusza Kamińskiego skrzących się bogatymi i jaskrawymi barwami Technicoloru. Oraz o muzyce Johna Williamsa wybuchającej żywiołowością i porywistością końskiego galopu w najbardziej dynamicznych momentach (czyt. wtedy kiedy Joey galopuje). Absolutnie zaskakująca jest prostota (jeśli można tak to ująć - kreskówkowość, i to raczej ta spod znaku Disneya) rysunku świata przedstawionego. Jednowymiarowe postaci (ludzie źli są bardzo źli, dobrzy - niemal nieskazitelni), nikt nie przechodzi tu przemiany, nikt nie dojrzewa. Brak jakichkolwiek konfliktów wewnętrznych. Dynamika akcji fabularnej przykrywa kompletna bierność oraz inercję sfery wewnętrznej wszystkich bohaterów. Film gubi się w ciągłych panoramach pejzażowych, które miast zachwycać, nudzą.

Humor Spielberga ogranicza się do paru prymitywnych zabiegów. Reżyser umieszcza na przykład w akcji gęś, której nie wiadomo dlaczego wszyscy się boją. W popłochu zmykają przed nią antybohaterowie - zarządca chcący przejąć farmę Alberta i jego rodziny. Nawet nasz Joey nerwowo cofa się, gdy w jego pobliżu znajduje się rezolutna gąska. Nie omija nas też obowiązkowy upadek z konia wieńczący wyścig z automobilem. Tym prześmiesznym scenom towarzyszy oczywiście odpowiedni toporny komentarz muzyczny, równie infantylny jak sam humor. Co więcej, bajkowo (w pejoratywnym znaczeniu) wygląda też sama wojna i przemoc. Otóż tej drugiej po prostu nie ma. Spielberg posuwa się nawet do tak mało subtelnego odgrodzenia widzów od sceny śmierci, jakim jest zasłonięcie przez śmigło wiatraka samego momentu zastrzelenia dezerterów i upadku ich ciał na ziemię. Jak na film wojenny, Czas wojny jest wyjątkowo niekrwawy. Gdzie te pourywane ramiona i nogi oraz litry krwi, w których skąpana była plaża w Szeregowcu Ryanie (1998). Jak na poprawne familijne amerykańskie dzieło przystało wszyscy jak jeden brat mówią po angielsku. Aczkolwiek żeby nie było zbyt prosto, Niemcy mówią z szorstkim germańskim, a Francuzi z francuskim akcentem. Odpowiednim wypowiadaniem imion w językach swoich postaci aktorzy już się jednak nie przejmują.

Wszystkie te cechy jednoznacznie podkreślają niezwykłą sklerotyczność filmu Stevena Spielberga jego kompletną anachroniczność. Tym razem reżyser chyba przeholował z optymizmem swojego planu. Chciał uwieść przywołaniem uroku klasycznego kina, może nawet złożyć mu hołd, a tym czasem powstała mimowolna autoparodia. Chyba, że to od początku przyświecało Spielbergowi jako cel tej produkcji. Wtedy należy ją uznać za wielki sukces.

10 stycznia 2012

Ballada o płaczącym koniu

Koń turyński (Béla Tarr, 2011)

Koń turyński (2011), ostatni film Béli Tarra – co sam reżyser ogłosił na zeszłorocznym festiwalu w Berlinie – przynosi niesamowitą wizję kompletnego rozpadu świata, więzi i wartości. Stały motyw twórczości Węgra po raz kolejny znalazł ekranowy wyraz w hipnotyzującej swą monotonią, dwuipółgodzinnej kronice sześciu dni z życia starszego mężczyzny i jego córki.
[...]
Całość na stronie:
http://e-splot.pl/index.php?pid=articles&id=1781

27 grudnia 2011

Inna strona sportu

Moneyball (Bennett Miller, 2011)

Bennett Miller kontynuuje ekranową eksplorację Ameryki po raz kolejny biorąc na warsztat historię autentyczną. Protagonista Moneyball (2011) nie jest postacią aż tak znaną jak Truman Capote, ale też w gruncie rzeczy głównym bohaterem filmu jest baseball – sport stricte amerykański, którego zasad my europejczycy nawet nie próbujemy pojąć.
[...]
Cały tekst na stronie:

Zapraszam!