Czas wojny (Steven Spielberg, 2011)

Filmy Stevena Spielberga są zwykle mocno zideologizowane. Najczęściej wydarzenia i postaci podskórnie uosabiają i obrazują aktualną sytuację i problemy Ameryki. Tak było na początku wieku, kiedy reżyser najpierw pod maską science-fiction (Wojna światów) a potem thrillera sensacyjnego (Monachium) przepracowywał traumę ataków terrorystycznych 11 września 2001. Czym zatem byłby najnowszy film Spielberga, Czas wojny (2011).
Czy opowieść o koniu imieniem Joey, który w początkach XX wieku przechodzi z rąk do rąk, poniewiera się po frontach pierwszej wojny światowej w poszukiwaniu swojego pierwszego właściciela ma w jakikolwiek sposób odzwierciedlać dzisiejszą atmosferę w Stanach Zjednoczonych (mimo że akcja rozgrywa się w Europie)? Cukierkowa i do bólu optymistyczna historia zwierzęcia, bez wątpienia będącego głównym bohaterem, byłaby głosem za powrotem do korzeni, pochwałą wierności, odwagi i przyjaźni, czyli wartości ponadczasowych i funkcjonujących ponad podziałami. To film o ostatniej “honorowej” wojnie (jakkolwiek niestosownie to nie brzmi), nieskażonej ludobójstwem, podczas której walki między Anglikami a Niemcami mogą zostać przerwane by uwolnić konia zakleszczonego w drucie kolczastym (lub by odbyć wspólną kolację wigilijną, jak w filmie Boże narodzenie (2005) Christiana Cariona sprzed kilku lat). Ciężko przypuszczać, że twórca Szczęk (1975) podjął się ekranizacji tego tematu wyłącznie ku pokrzepieniu serc. Czas wojny, a ściślej Koń bojowy z oryginalnego tytułu jako Ameryka, która wychodzi z kolejnego konfliktu okaleczona i po cichu wycofuje się z Zatoki Perskiej, i której żołnierze wracają do kraju ojczystego? Skąpany w sepii finał, przypomina zakończenie Czarnoksiężnika z krainy Oz (1939) i słowa Dorotki: “Nie ma jak w domu”.
Może ta interpretacja nie jest jednak uprawniona, a nowe dzieło Spielberga jest po prostu eskapistyczną zabawą w dawne kino (choć eskapizm też można uznać za znaczący ideologiczny znak), filmem niemal żywcem wyjętym z kina epoki lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Jeśli tak, to reżyser Listy Schindlera (1993) bardzo bolenie strzelił sobie w stopę. Patos, czy to optymistyczny czy mroczny i dramatyczny wylewa się z każdego kadru filmu. Narracja konsekwentnie śledzi losy Joey’ego nie skupiając się dlużej na żadnej postaci ludzkiej. Aczkolwiek za kluczową mimo wszystko należy uznać Alberta, chłopca, który wychował wierzchowca i poprzysiągł odnaleźć go, gdy rozłączył ich europejski konflikt. Nie wydaje się więc, by identyfikacja z bohaterami naszego gatunku była potrzebna, emocje i uczucia, ktore zwykle projektujemy na ludzi mają przenieść się na konia. No właśnie - mają, lecz nie przenoszą. Tak usilnie jest to widzom wmawiane, tak mocno sugerowane, że oto Joey jest niezwykle wyjątkowy, że przyjmujemy to jako pewnik i nie mamy wątpliwości, iż nic złego nie może mu się stać. I pomimo faktu, że los rzuca mu pod nogi kolejne kłody i ciężkie zadania, jesteśmy przekonani co do tego, że nasz dziarski i odważny rumak wyjdzie z wszystkiego bez szwanku. Stąd prawdziwych, głębokich emocji w Czasie wojny jak na lekarstwo. Wzruszenie w niektórych momentach wychodzi bokiem i naprawdę nie sposób nie uznać tego jako uczuć wymuszonych, swego rodzaju szantażu. Widzu - musisz płakać. Teraz!
Najbardziej jednak w Czasie wojny uwiera styl. Wspomnę tylko o podniosłych, posuwistych, krajobrazowych zdjęciach Janusza Kamińskiego skrzących się bogatymi i jaskrawymi barwami Technicoloru. Oraz o muzyce Johna Williamsa wybuchającej żywiołowością i porywistością końskiego galopu w najbardziej dynamicznych momentach (czyt. wtedy kiedy Joey galopuje). Absolutnie zaskakująca jest prostota (jeśli można tak to ująć - kreskówkowość, i to raczej ta spod znaku Disneya) rysunku świata przedstawionego. Jednowymiarowe postaci (ludzie źli są bardzo źli, dobrzy - niemal nieskazitelni), nikt nie przechodzi tu przemiany, nikt nie dojrzewa. Brak jakichkolwiek konfliktów wewnętrznych. Dynamika akcji fabularnej przykrywa kompletna bierność oraz inercję sfery wewnętrznej wszystkich bohaterów. Film gubi się w ciągłych panoramach pejzażowych, które miast zachwycać, nudzą.
Humor Spielberga ogranicza się do paru prymitywnych zabiegów. Reżyser umieszcza na przykład w akcji gęś, której nie wiadomo dlaczego wszyscy się boją. W popłochu zmykają przed nią antybohaterowie - zarządca chcący przejąć farmę Alberta i jego rodziny. Nawet nasz Joey nerwowo cofa się, gdy w jego pobliżu znajduje się rezolutna gąska. Nie omija nas też obowiązkowy upadek z konia wieńczący wyścig z automobilem. Tym prześmiesznym scenom towarzyszy oczywiście odpowiedni toporny komentarz muzyczny, równie infantylny jak sam humor. Co więcej, bajkowo (w pejoratywnym znaczeniu) wygląda też sama wojna i przemoc. Otóż tej drugiej po prostu nie ma. Spielberg posuwa się nawet do tak mało subtelnego odgrodzenia widzów od sceny śmierci, jakim jest zasłonięcie przez śmigło wiatraka samego momentu zastrzelenia dezerterów i upadku ich ciał na ziemię. Jak na film wojenny, Czas wojny jest wyjątkowo niekrwawy. Gdzie te pourywane ramiona i nogi oraz litry krwi, w których skąpana była plaża w Szeregowcu Ryanie (1998). Jak na poprawne familijne amerykańskie dzieło przystało wszyscy jak jeden brat mówią po angielsku. Aczkolwiek żeby nie było zbyt prosto, Niemcy mówią z szorstkim germańskim, a Francuzi z francuskim akcentem. Odpowiednim wypowiadaniem imion w językach swoich postaci aktorzy już się jednak nie przejmują.
Wszystkie te cechy jednoznacznie podkreślają niezwykłą sklerotyczność filmu Stevena Spielberga jego kompletną anachroniczność. Tym razem reżyser chyba przeholował z optymizmem swojego planu. Chciał uwieść przywołaniem uroku klasycznego kina, może nawet złożyć mu hołd, a tym czasem powstała mimowolna autoparodia. Chyba, że to od początku przyświecało Spielbergowi jako cel tej produkcji. Wtedy należy ją uznać za wielki sukces.